Kilka dni temu, surfując po internecie w poszukiwaniu informacji odnośnie pewnej firmy związanej z naszą branżą, trafiłam na MEGA ALUMINIUM. Zaciekawiłam się. Postanowiłam zadzwonić... Rozmawiałam z Agnieszką Wojsa Cosentino, prezesem firmy.
Kiedy powstała MEGA ALUMINIUM? Jak do tego doszło?
Stało się to w roku 1994, w sposób taki, jak powstawały firmy w tamtych latach. Pracowałam wtedy we Włoszech. Razem z dwójką naszych wspólników (którzy dotąd pozostają w Spółce) wpadliśmy na taki pomysł. W Polsce ruszały budowy, potrzeba było nowych technologii. Ja, jako architekt oraz dwóch Włochów, jeden specjalista od produkcji stolarki, drugi od dystrybucji systemów aluminiowych – założyliśmy firmę. Podczas mojej nieobecności w Polsce, między 1982 a 1994 rokiem sporo się zdarzyło. Niby wracałam do domu, ale niezupełnie tak było. W kwietniu zawiązaliśmy spółkę i zaczynając zupełnie od zera, wynajęliśmy halę od Centralnego Ośrodka Badawczo-Rozwojowego Stolbud Wołomin. Wprowadziliśmy maszyny, pierwszą partię materiału. Pierwsze zlecenie - to była witryna, wejście do zakładu fryzjerskiego na Ursynowie. Pamiętam to jak dziś. Jedna witrynka i jedne drzwi wejściowe. Oczywiście rozładunek aluminium był ręczny. Sama zdejmowałam buty na obcasach, właziłam na ciężarówkę i ściągałam sztangi.
Podoba mi się taka postawa. Jak prosperowała firma? Nie było łatwo w tamtych czasach.
W zasadzie tylko pierwszy rok zamknął się stratą. Wiadomo, była to spora inwestycja. Od drugiego roku działalności, czyli od 1995, nieprzerwanie do roku obecnego firma przynosi zyski. Ma bardzo dobrą sytuację finansową i solidną, rzetelną pozycję rynkową. Bardzo szybko doszliśmy do wniosku, że wynajmowaną halę, piękną konstrukcję z drewna klejonego, należy od Stolbudu odkupić. Był przetarg, do którego stanęliśmy (hala była własnością skarbu państwa). W ten sposób, w trzecim roku działalności byliśmy już na swoim. Oczywiście, były lata lepsze i gorsze, ale oceniając z perspektywy tych 16 lat, firma ma naprawdę pozytywną historię takiego "wzrościku po trochu".
Ile osób zatrudniacie? Kim one są?
W zasadzie ekipa ludzi, szczególnie pracownicy produkcyjni, których zatrudniliśmy w 1994 roku, nie zmieniła się. Stwierdziłam, iż należy zatrudnić ludzi lokalnych z Wołomina, żeby zakorzenić się w tym miejscu. Aczkolwiek miejsce było trudne, bo stanowiło wówczas ośrodek mafijny. To nie był też łatwy moment na pozyskanie i wyszkolenie właściwej kadry. Ja postawiłam jeden warunek – zatrudniałam ludzi młodych, po maturze, z wykształceniem technicznym, lub z wykształceniem zawodowym w branży budowlanej, mechanicznej albo coś podobnego, bez żadnego doświadczenia w pracy. Nie chciałam nikogo „skrzywionego” w jakimś zakładzie ślusarskim czy przy produkcji PCW. Ci młodzi ludzie się pożenili między sobą, mają dzieci. Już druga generacja pracuje w naszej fabryce. Kilkoro z nich wyszło z produkcji, zrobiło studia wyższe zaoczne i w tej chwili są w dziale technicznym. To ogromna satysfakcja - przeciągnąć takie młode osoby z robotników na inżynierów. Firma jest rodzinna, niezbyt duża (35 osób). Dla mnie to wymiar idealny, żeby nad wszystkim panować, ale jednocześnie żeby móc „obrobić” duże projekty. Mieliśmy już realizacje na poziomie powyżej 20 000 m².
Jakie ostatnio zrobiliście realizacje?
Taki zespół budynków, róg Marynarskiej i Taśmowej, cztery budynki 21 000 m² elewacji – Marynarska Business Park. Poza tym: Trinity Park I, II i III, Crown Investments, Grupa Żywiec, seria hipermarketów Geant, Zaułek Piękna i inne.
Widzę na stronie internetowej MEGA ALUMINIUM, że Manufakturę w Łodzi również.
Tak, robiliśmy tam piramidy dachowe na planie wielokątnym, świetliki „pływające”. Proste fasady zrobi każdy, my stawiamy na wyzwania trudne. Trudne konstrukcyjnie i wykonawczo, a przede wszystkim tak, aby konstrukcja nie przeciekała (to brzydka cecha szklanych zadaszeń…). Robotę trzeba zrobić solidnie. My nie jesteśmy firmą tanią, nie walczymy o kontrakty ceną, ponieważ każda typologia ma swoje wymagania. Nie używamy tańszych zamienników.
Z jakich materiałów Państwo korzystają?
Rozpoczęliśmy z materiałami włoskimi z racji takiej, że mąż, współzarządzający firmą, jest Włochem. Ja stamtąd przyjechałam, więc najpierw była to Metra. Potem doszedł Reynaers, który przez jakiś czas stał się naszym głównym dostawcą. W tej chwili też korzystamy z ich usług. W międzyczasie zrealizowaliśmy 3 obiekty w systemie Schüeco. W tej chwili realizujemy również 2 obiekty z Aluprofem. Obecnie preferencje ustawia klient. Mamy na tyle mobilny warsztat i na tyle sprawnych ludzi, że możemy dostosować się do każdego materiału i do każdego wyzwania. Nie ma żadnego problemu. Ale jest pewna „półka materiałowa”, poniżej której nie schodzę.
Jak sprawa wygląda z masami uszczelniającymi, szybami?
Głównym dostawcą szkła dla nas jest AGC. Pracujemy również z Glasspolem, troszeczkę z Pilkingtonem (ogniówki). Vitroterm troszeczkę. Inne materiały bierzemy również od firm renomowanych jakościowo: Würt, Dow Corning, Hilti, Rockwool, etc.
Wspomniała Pani na początku o pierwszych maszynach zakupionych w roku 1994. Jakie to były maszyny? Jakie są teraz?
W 1994 roku sprowadziliśmy po prostu stoisko z ostatnich targów najnowszych technologii obróbki aluminium. To, co było najlepsze na rynku, zrobiliśmy dużą inwestycję. Pierwsze piły sterowane komputerowo. Używaliśmy jeszcze oprogramowania z generacji DOS ale wtedy było to osiągnięcie niesamowite. Mieliśmy także giętarkę do profili (chyba pierwsi w Polsce, nawet Metalplast korzystał z niej usługowo), wszystko sterowane numerycznie, całe oprzyrządowanie, wielowrzecionowe frezarki, itd. Oczywiście stopniowo potem wymienialiśmy asortyment. W tej chwili mamy dwie piły dwugłowicowe. Jedną dwuletnią, drugą czteroletnią. Kupiliśmy w międzyczasie centrum obróbcze do powtarzalnych elementów. Jak się wchodzi w nowy system, to są nowe zagniatarki, wykrojniki itd. Co roku inwestujemy w park maszynowy. Bazujemy na EMMEGI i na Alumie. Sprawdzony serwis, sprawdzone urządzenia.
Proszę mi powiedzieć coś więcej o sobie. Jak Pani się kształciła, dlaczego taki kierunek Pani wybrała?
Jestem architektem pragmatykiem. Kształciłam się na Politechnice Warszawskiej na Wydziale Architektury. Czwarty rok studiów spędziłam w Stanach na University of Detroit. Był to program wymienny, potem wróciłam do Polski i robiłam tutaj dyplom, który jest ważny na dwóch kontynentach. Obroniłam się 11 grudnia 1981 roku. To był piątek. W niedzielę ogłoszono stan wojenny. Rozumie Pani, że młody człowiek, który ma 2 dyplomy i mówi trzema językami, jest pełen entuzjazmu i otrzymał nawet nagrodę Ministerstwa Budownictwa za dyplom, nagle znajduje się w perspektywie kolejki po papier toaletowy i koniec, brak pracy. W związku z tym, przy pomocy Polserwis dostałam pracę w Nigerii, na kontrakt. Spędziłam tam w sumie 6 lat. Pracowałam jako architekt, ale więcej na budowie niż w biurze. Koordynowałam różne projekty, na przykład budowę 8 szpitali „pod klucz” z dotacji angielskich i duńskich. To była ostra szkoła życia i bardzo dobrze, bo od początku nauczyłam się pracować w warunkach trudnych. Były też pozytywne aspekty – tam, na miejscu poznałam sympatycznego Włocha, który został później moim mężem. Kiedy jednak sytuacja w Nigerii, po czwartym przewrocie wojskowym, zaczęła się komplikować, a kontrakt został zakończony, przenieśliśmy się do Włoch. Nostryfikowałam dyplom architekta na uniwersytecie w Neapolu, zrobiłam uprawnienia budowlane. Pracowałam w zawodzie, przez jakiś czas nawet jako prawa ręka głównego architekta miasta Catanii na Sycylii. Urodziłam dziecko. Wtedy stwierdziliśmy, że Sycylia nie jest najlepszym miejscem na wychowywanie młodego człowieka, i zaczęliśmy szukać innych możliwości. Wówczas urodził się pomysł założenia firmy w Polsce, ale nie typu biuro projektów. Spędziłam bardzo wiele lat na budowie, a znacznie mniej za deską kreślarską, czy za ploterem. Stwierdziłam, że wyzwanie nowej technologii to bardzo ciekawa rzecz, kreacja ma wiele aspektów inżynierii. Wbrew pozorom to nie jest tak, że architekt się marnuje. Moi koledzy architekci mają jakąś wizję budynku. Ja tłumaczę to na konkretną technologię i znajduję im właściwe rozwiązania, to najbardziej pragmatyczna faza projektowania.
Ciekawą historię życia Pani posiada... Czy to co Pani robi, jest trudniejsze od samego projektowania?
W sumie elewacja zewnętrzna, szczególnie w przypadku fasad, jest „sukieneczką” budynku. Trzeba naprawdę włożyć bardzo dużo serca i zrozumienia dla wizji architekta. Jednocześnie w porozumieniu z inżynierami, i ich wymaganiami w stosunku do parametrów budynku należy znaleźć kompromis, który jest czasami naprawdę trudny do osiągnięcia, ale daje niesamowitą satysfakcję. Architekt dopiero w momencie, kiedy budowla jest wykończona, i wymyta, kiedy „rozbiera się” ją z rusztowań, bierze głęboki wdech i albo mówi, że to jest to albo, że wyobrażał sobie inaczej. Bardzo lubię ten dreszczyk emocji, jestem osobą „zrealizowaną”, ponieważ praca daje mi przyjemność. Powiedziałabym, że znacznie większą niż przychody finansowe, które szczęśliwie są również niemałe. Tak bym to ujęła.
Proszę mi powiedzieć, jakie ma Pani plany na najbliższą i dalszą przyszłość? Plany zawodowe, może osobiste, zależy jakie kwestie chce Pani poruszyć.
Firma prosperuje bardzo dobrze. Troszeczkę zdywersyfikujemy, bo wprowadzimy konstrukcje ognioodporne. Wprowadzimy też fasady wentylowane. Pozostajemy jednak tylko przy aluminium i szkle. Żadnego PCW. Skończyłam niedawno 53 lata, to dobry moment. Chcę dać tej firmie jak największe możliwości, żeby jeszcze bardziej skonsolidować jej pozycję na rynku, która myślę, że i tak jest dobra, bo jesteśmy postrzegani jako rzetelny wykonawca. W zasadzie wszyscy wielcy „Generalni” zawsze do nas wracają, pytają o ceny, konsultacje. Nie potrzebuję szukać niczego nowego.
Przyglądam się pewnym informacjom, jakie mam o Państwa firmie. Proszę mi powiedzieć, czy rok 2007 był jakoś szczególnie udany, jeżeli chodzi o realizacje i finanse?
Rzeczywiście 2007 był wyjątkowo udany. To był właśnie ten wielki kontrakt na Marynarskiej. Zrealizowaliśmy bardzo duży obrót. Jak dla mnie, nawet troszkę za wysoki. Lubię sama wszystko skontrolować i zajrzeć w każdy kąt budowy. Wiem ile metrów uszczelki jest na wyjeżdżającej ciężarówce i w którym miejscu na obiekcie ona będzie zamontowana. Kontrakt jednak był bardzo prestiżowy i ogromny, pozwolił nam sprawdzić się w warunkach ekstremalnych i „daliśmy radę”. To najlepszy przykład, dlaczego nie chcę się podejmować realizacji projektów „tanich”, bo wiem, że w którymś momencie trzeba będzie zaoszczędzić na jakości, a tego strasznie nie lubię.
Dziękuję ślicznie za tę krótką, a treściwą rozmowę.
Do zobaczenia lub usłyszenia, Pani Marto.
Kiedy powstała MEGA ALUMINIUM? Jak do tego doszło?
Stało się to w roku 1994, w sposób taki, jak powstawały firmy w tamtych latach. Pracowałam wtedy we Włoszech. Razem z dwójką naszych wspólników (którzy dotąd pozostają w Spółce) wpadliśmy na taki pomysł. W Polsce ruszały budowy, potrzeba było nowych technologii. Ja, jako architekt oraz dwóch Włochów, jeden specjalista od produkcji stolarki, drugi od dystrybucji systemów aluminiowych – założyliśmy firmę. Podczas mojej nieobecności w Polsce, między 1982 a 1994 rokiem sporo się zdarzyło. Niby wracałam do domu, ale niezupełnie tak było. W kwietniu zawiązaliśmy spółkę i zaczynając zupełnie od zera, wynajęliśmy halę od Centralnego Ośrodka Badawczo-Rozwojowego Stolbud Wołomin. Wprowadziliśmy maszyny, pierwszą partię materiału. Pierwsze zlecenie - to była witryna, wejście do zakładu fryzjerskiego na Ursynowie. Pamiętam to jak dziś. Jedna witrynka i jedne drzwi wejściowe. Oczywiście rozładunek aluminium był ręczny. Sama zdejmowałam buty na obcasach, właziłam na ciężarówkę i ściągałam sztangi.
Podoba mi się taka postawa. Jak prosperowała firma? Nie było łatwo w tamtych czasach.
W zasadzie tylko pierwszy rok zamknął się stratą. Wiadomo, była to spora inwestycja. Od drugiego roku działalności, czyli od 1995, nieprzerwanie do roku obecnego firma przynosi zyski. Ma bardzo dobrą sytuację finansową i solidną, rzetelną pozycję rynkową. Bardzo szybko doszliśmy do wniosku, że wynajmowaną halę, piękną konstrukcję z drewna klejonego, należy od Stolbudu odkupić. Był przetarg, do którego stanęliśmy (hala była własnością skarbu państwa). W ten sposób, w trzecim roku działalności byliśmy już na swoim. Oczywiście, były lata lepsze i gorsze, ale oceniając z perspektywy tych 16 lat, firma ma naprawdę pozytywną historię takiego "wzrościku po trochu".
Ile osób zatrudniacie? Kim one są?
W zasadzie ekipa ludzi, szczególnie pracownicy produkcyjni, których zatrudniliśmy w 1994 roku, nie zmieniła się. Stwierdziłam, iż należy zatrudnić ludzi lokalnych z Wołomina, żeby zakorzenić się w tym miejscu. Aczkolwiek miejsce było trudne, bo stanowiło wówczas ośrodek mafijny. To nie był też łatwy moment na pozyskanie i wyszkolenie właściwej kadry. Ja postawiłam jeden warunek – zatrudniałam ludzi młodych, po maturze, z wykształceniem technicznym, lub z wykształceniem zawodowym w branży budowlanej, mechanicznej albo coś podobnego, bez żadnego doświadczenia w pracy. Nie chciałam nikogo „skrzywionego” w jakimś zakładzie ślusarskim czy przy produkcji PCW. Ci młodzi ludzie się pożenili między sobą, mają dzieci. Już druga generacja pracuje w naszej fabryce. Kilkoro z nich wyszło z produkcji, zrobiło studia wyższe zaoczne i w tej chwili są w dziale technicznym. To ogromna satysfakcja - przeciągnąć takie młode osoby z robotników na inżynierów. Firma jest rodzinna, niezbyt duża (35 osób). Dla mnie to wymiar idealny, żeby nad wszystkim panować, ale jednocześnie żeby móc „obrobić” duże projekty. Mieliśmy już realizacje na poziomie powyżej 20 000 m².
Jakie ostatnio zrobiliście realizacje?
Taki zespół budynków, róg Marynarskiej i Taśmowej, cztery budynki 21 000 m² elewacji – Marynarska Business Park. Poza tym: Trinity Park I, II i III, Crown Investments, Grupa Żywiec, seria hipermarketów Geant, Zaułek Piękna i inne.
Widzę na stronie internetowej MEGA ALUMINIUM, że Manufakturę w Łodzi również.
Tak, robiliśmy tam piramidy dachowe na planie wielokątnym, świetliki „pływające”. Proste fasady zrobi każdy, my stawiamy na wyzwania trudne. Trudne konstrukcyjnie i wykonawczo, a przede wszystkim tak, aby konstrukcja nie przeciekała (to brzydka cecha szklanych zadaszeń…). Robotę trzeba zrobić solidnie. My nie jesteśmy firmą tanią, nie walczymy o kontrakty ceną, ponieważ każda typologia ma swoje wymagania. Nie używamy tańszych zamienników.
Z jakich materiałów Państwo korzystają?
Rozpoczęliśmy z materiałami włoskimi z racji takiej, że mąż, współzarządzający firmą, jest Włochem. Ja stamtąd przyjechałam, więc najpierw była to Metra. Potem doszedł Reynaers, który przez jakiś czas stał się naszym głównym dostawcą. W tej chwili też korzystamy z ich usług. W międzyczasie zrealizowaliśmy 3 obiekty w systemie Schüeco. W tej chwili realizujemy również 2 obiekty z Aluprofem. Obecnie preferencje ustawia klient. Mamy na tyle mobilny warsztat i na tyle sprawnych ludzi, że możemy dostosować się do każdego materiału i do każdego wyzwania. Nie ma żadnego problemu. Ale jest pewna „półka materiałowa”, poniżej której nie schodzę.
Jak sprawa wygląda z masami uszczelniającymi, szybami?
Głównym dostawcą szkła dla nas jest AGC. Pracujemy również z Glasspolem, troszeczkę z Pilkingtonem (ogniówki). Vitroterm troszeczkę. Inne materiały bierzemy również od firm renomowanych jakościowo: Würt, Dow Corning, Hilti, Rockwool, etc.
Wspomniała Pani na początku o pierwszych maszynach zakupionych w roku 1994. Jakie to były maszyny? Jakie są teraz?
W 1994 roku sprowadziliśmy po prostu stoisko z ostatnich targów najnowszych technologii obróbki aluminium. To, co było najlepsze na rynku, zrobiliśmy dużą inwestycję. Pierwsze piły sterowane komputerowo. Używaliśmy jeszcze oprogramowania z generacji DOS ale wtedy było to osiągnięcie niesamowite. Mieliśmy także giętarkę do profili (chyba pierwsi w Polsce, nawet Metalplast korzystał z niej usługowo), wszystko sterowane numerycznie, całe oprzyrządowanie, wielowrzecionowe frezarki, itd. Oczywiście stopniowo potem wymienialiśmy asortyment. W tej chwili mamy dwie piły dwugłowicowe. Jedną dwuletnią, drugą czteroletnią. Kupiliśmy w międzyczasie centrum obróbcze do powtarzalnych elementów. Jak się wchodzi w nowy system, to są nowe zagniatarki, wykrojniki itd. Co roku inwestujemy w park maszynowy. Bazujemy na EMMEGI i na Alumie. Sprawdzony serwis, sprawdzone urządzenia.
Proszę mi powiedzieć coś więcej o sobie. Jak Pani się kształciła, dlaczego taki kierunek Pani wybrała?
Jestem architektem pragmatykiem. Kształciłam się na Politechnice Warszawskiej na Wydziale Architektury. Czwarty rok studiów spędziłam w Stanach na University of Detroit. Był to program wymienny, potem wróciłam do Polski i robiłam tutaj dyplom, który jest ważny na dwóch kontynentach. Obroniłam się 11 grudnia 1981 roku. To był piątek. W niedzielę ogłoszono stan wojenny. Rozumie Pani, że młody człowiek, który ma 2 dyplomy i mówi trzema językami, jest pełen entuzjazmu i otrzymał nawet nagrodę Ministerstwa Budownictwa za dyplom, nagle znajduje się w perspektywie kolejki po papier toaletowy i koniec, brak pracy. W związku z tym, przy pomocy Polserwis dostałam pracę w Nigerii, na kontrakt. Spędziłam tam w sumie 6 lat. Pracowałam jako architekt, ale więcej na budowie niż w biurze. Koordynowałam różne projekty, na przykład budowę 8 szpitali „pod klucz” z dotacji angielskich i duńskich. To była ostra szkoła życia i bardzo dobrze, bo od początku nauczyłam się pracować w warunkach trudnych. Były też pozytywne aspekty – tam, na miejscu poznałam sympatycznego Włocha, który został później moim mężem. Kiedy jednak sytuacja w Nigerii, po czwartym przewrocie wojskowym, zaczęła się komplikować, a kontrakt został zakończony, przenieśliśmy się do Włoch. Nostryfikowałam dyplom architekta na uniwersytecie w Neapolu, zrobiłam uprawnienia budowlane. Pracowałam w zawodzie, przez jakiś czas nawet jako prawa ręka głównego architekta miasta Catanii na Sycylii. Urodziłam dziecko. Wtedy stwierdziliśmy, że Sycylia nie jest najlepszym miejscem na wychowywanie młodego człowieka, i zaczęliśmy szukać innych możliwości. Wówczas urodził się pomysł założenia firmy w Polsce, ale nie typu biuro projektów. Spędziłam bardzo wiele lat na budowie, a znacznie mniej za deską kreślarską, czy za ploterem. Stwierdziłam, że wyzwanie nowej technologii to bardzo ciekawa rzecz, kreacja ma wiele aspektów inżynierii. Wbrew pozorom to nie jest tak, że architekt się marnuje. Moi koledzy architekci mają jakąś wizję budynku. Ja tłumaczę to na konkretną technologię i znajduję im właściwe rozwiązania, to najbardziej pragmatyczna faza projektowania.
Ciekawą historię życia Pani posiada... Czy to co Pani robi, jest trudniejsze od samego projektowania?
W sumie elewacja zewnętrzna, szczególnie w przypadku fasad, jest „sukieneczką” budynku. Trzeba naprawdę włożyć bardzo dużo serca i zrozumienia dla wizji architekta. Jednocześnie w porozumieniu z inżynierami, i ich wymaganiami w stosunku do parametrów budynku należy znaleźć kompromis, który jest czasami naprawdę trudny do osiągnięcia, ale daje niesamowitą satysfakcję. Architekt dopiero w momencie, kiedy budowla jest wykończona, i wymyta, kiedy „rozbiera się” ją z rusztowań, bierze głęboki wdech i albo mówi, że to jest to albo, że wyobrażał sobie inaczej. Bardzo lubię ten dreszczyk emocji, jestem osobą „zrealizowaną”, ponieważ praca daje mi przyjemność. Powiedziałabym, że znacznie większą niż przychody finansowe, które szczęśliwie są również niemałe. Tak bym to ujęła.
Proszę mi powiedzieć, jakie ma Pani plany na najbliższą i dalszą przyszłość? Plany zawodowe, może osobiste, zależy jakie kwestie chce Pani poruszyć.
Firma prosperuje bardzo dobrze. Troszeczkę zdywersyfikujemy, bo wprowadzimy konstrukcje ognioodporne. Wprowadzimy też fasady wentylowane. Pozostajemy jednak tylko przy aluminium i szkle. Żadnego PCW. Skończyłam niedawno 53 lata, to dobry moment. Chcę dać tej firmie jak największe możliwości, żeby jeszcze bardziej skonsolidować jej pozycję na rynku, która myślę, że i tak jest dobra, bo jesteśmy postrzegani jako rzetelny wykonawca. W zasadzie wszyscy wielcy „Generalni” zawsze do nas wracają, pytają o ceny, konsultacje. Nie potrzebuję szukać niczego nowego.
Przyglądam się pewnym informacjom, jakie mam o Państwa firmie. Proszę mi powiedzieć, czy rok 2007 był jakoś szczególnie udany, jeżeli chodzi o realizacje i finanse?
Rzeczywiście 2007 był wyjątkowo udany. To był właśnie ten wielki kontrakt na Marynarskiej. Zrealizowaliśmy bardzo duży obrót. Jak dla mnie, nawet troszkę za wysoki. Lubię sama wszystko skontrolować i zajrzeć w każdy kąt budowy. Wiem ile metrów uszczelki jest na wyjeżdżającej ciężarówce i w którym miejscu na obiekcie ona będzie zamontowana. Kontrakt jednak był bardzo prestiżowy i ogromny, pozwolił nam sprawdzić się w warunkach ekstremalnych i „daliśmy radę”. To najlepszy przykład, dlaczego nie chcę się podejmować realizacji projektów „tanich”, bo wiem, że w którymś momencie trzeba będzie zaoszczędzić na jakości, a tego strasznie nie lubię.
Dziękuję ślicznie za tę krótką, a treściwą rozmowę.
Do zobaczenia lub usłyszenia, Pani Marto.
Z Agnieszką Wojsa Cosentino, prezesem MEGA ALUMINIUM
rozmawiała red. Marta Chrisidu
oknonet.pl
rozmawiała red. Marta Chrisidu
oknonet.pl













